![]() |
||||
![]() |
||||
![]() |
||||
Nocna wycieczka.Taki mały komentarz do notki.Założyłam, że Victoria płacze łzami, ponieważ wzorowałam się na nowej serii anime "Hellsng OVA", gdzie w trzecim odcinku Ceres płacze jak człowiek w budynku hotelu w Rio. Wiem, że na początku drugiego odcinka Alucard ma na twarzy krwawą łzę kiedy budzi się ze snu, ale doszłam do wniosku, że Alucard różni sie przecież bardzo od Ceres, która jest o wiele bardziej ludzka. Czasami jest także pokazywana w anime z niebieskimi oczami mimo bycia wampirem. Powiązałam to w pewnien sposób z tym, że jest młodym wampirem i jest nisko w wampirzej hierarchi. To tyle komentarza :P Zapraszam do czytania XD Sayuri. Victoria kładła się zmęczona spać, kiedy słońce nieśmiało zaczęło pojawiać się na horyzoncie. Ściągnęła już przepocone ubrania i z ulgą położyła się na miękkim trumiennym posłaniu w samej bieliźnie. Obiecała sobie w myślach, że zaraz wstanie i pójdzie się umyć, jednak oczy same jej się zamykały. Powieki ciążyły jakby były z ołowiu. Myśli błogo błądziły po jej umyśle, zapomniała już nawet o tym okropnym uczuciu zażenowania, które dopadło ją, gdy jej Mistrz pozostawił ją samą sobie na środku pokoju. Wolała nie roztrząsać tego co tam się w ogóle stało. Wspomnienie pozostałej części wieczoru wywołało natomiast lekki uśmiech na zmęczonej twarzy wampirzycy... ~flashback~ Zła na siebie i na Alucarda podniosła świeżą garderobę z podłogi i ubrała się szybko, z wyuczoną wprawą zapinając obcisły mundur. Zbierało jej się na płacz, wykpił ją do granic możliwości. Obiecała sobie w tamtej chwili, że nigdy więcej nawet o nim nie pomyśli, a ich znajomość ograniczy do wykonywania rozkazów i odpowiadania lakonicznymi zdaniami na jego pytania. Nieznosiła go z całego serca. Ubrała ciężkie wojskowe buty i nie mając się na czym wyładować pobiegła na strzelnicę. Pędziła opustoszałym korytarzem ciesząc się, że ostatni trening żołnierze skończyli jakieś pół godziny temu. Było kilkanaście minut po dziesiątej wieczorem. Miała tylko nadzieję, że nigdzie po drodze go nie spotka. Dobiegła wreszcie do końca i mocnym szarpnięciem otworzyła stalowe drzwi, pewna, że tutaj odzyska równowagę i trochę się uspokoi. Z pierwszym krokiem zrobionym w głąb pomieszczenia już wiedziała, że to się nie stanie. Przy szafach z karabinami stał człowiek, którego najmniej życzyła sobie teraz zobaczyć. Pip uśmiechnął się swoim firmowym uśmiechem ciesząc się ze spotkania i nie przerywając porządkowania broni skinął na policjantkę. Ceres zmroziła go spojrzeniem tak, że zatrzymał się w pół kroku. Rozszerzył oczy ze zdumienia. Nie wiedział, że wampiry potrafią płakać. Nie wiedział co powiedzieć, więc podał jej tylko trzymany w dłoniach karabin. Spojrzała na broń, która była dla niej bardzo lekka i pokręciła głową. Wyciągnęła z opancerzonej szafy o wiele cięższy model z nabojami długości palca i pokaźnym celownikiem. Kapitan uśmiechnął się porozumiewawczo, to chyba znaczyło, że jest zła. Wolał nie prowokować podobnej sytuacji do tej z wczoraj rana, więc nadal się nie odzywał. Ceres ustawiła się na jednym ze stanowisk i ułożyła wygodnie karabin. Zmrużyła oczy, chociaż wcale nie musiała, miała przecież trzecie oko. Seria strzałów przebiła tarczę z zarysem ludzkiej sylwetki. Wszystkie pociski trafiły idealnie w to samo miejsce. W sam środek głowy. Pip gwizdnął z aprobatą, co jak co, ale strzelać to ona umiała. Szkoda tylko, że była taka niedostępna. Odwróciła się w jego stronę, jej twarz trochę złagodniała, chociaż nadal miała dzikie czerwone oczy. - Co tak patrzysz. - warknęła. - Dawaj następny magazynek. Pip na chwilę zamarł zamurowany jej spojrzeniem, po czym posłusznie przyniósł jej żądane naboje. Sprawnym i bardzo szybkim ruchem przeładowała magazynek i nacisnęła guzik zmiany tarczy. Z cichym szumem na miejsce ustawiła się kolejna sylwetka. Wampirzyca władowała cały magazynek prosto w miejsce gdzie powinno znaleźć się serce. - „Jesteś okrutny Mistrzu.” - pomyślała pomiędzy kolejnymi wystrzałami. Kapitan Bernadotto stał jak urzeczony opierając się o ścianę plecami. Widział ją już nieraz gdy była zła, ale takiej furii jeszcze nie miał okazji obserwować. W końcu wystrzelała drugi magazynek i opuściła broń. Wierzchem dłoni otarła mokre policzki i spojrzała przyjaźnie na Pipa. Kapitan zaskoczony tak nagłą zmianą nastroju uśmiechnął się lekko nie chcąc prowokować losu. Pierwszy raz zdarzyło się, że stoi dwa metry od Ceras, a ona go nie dusi, ani nie wyzywa od najgorszych. Może po prostu nie powinien nic mówić. Odstawiła karabin na swoje miejsce, odwróciła się na pięcie i skierowała się do drzwi. Nagle się zatrzymała i zacisnęła pięści. Nie odwracając głowy odezwała się cicho. - Co tak stoisz? Idziesz ze mną? Kapitan nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, czy ona go gdzieś zapraszała? Szybko ruszył w jej stronę. - Yyy... - to było jedyne co zdołał wydusić. - A-a gdzie? - Stanął obok niej niepewnie. - Muszę rozładować złość. Umiesz szybko biegać? - odparła z nutką kpiny w głosie. Kapitan oburzył się lekko, czy ona mu insynuuje, że niby jest powolny? - Oczywiście, jestem najszybszy z mojego oddziału i z pewnością.... - Dobra. - przerwała mu. - To idziemy. Posłusznie wyszedł za nią zamykając drzwi do strzelnicy. Szybkim krokiem przemierzali kolejne korytarze kierując się do wyjścia i nie zamieniając ze sobą nawet słowa. Pip czuł, że nadal jest zła i potrzebuje najwidoczniej jakiegoś sposobu na wyładowanie frustracji. Wolał na razie unikać rozmowy. Wyszli na zewnątrz. Prosto w twarze powiał im dość mocny, ale ciepły wiatr. Ziemia była jeszcze mokra po deszczu i ziemia na ścieżkach okalających budynek zamieniła się w miękkie, lepkie błoto. Kapitan poprawił długi warkocz, który rozplątał się na skutek mocnego powiewu i ściągnął kapelusz. Spojrzał na wampirzycę. Przeszli po ścieżce prowadzącej do bramy. Była jeszcze otwarta. - To gdzie biegniemy? - zapytał ochoczo. On też nabrał chęci na taki nocny trening. Praktycznie przez cały dzień nic się nie działo, a ciągła musztra żołnierzy była już dla niego powoli nużąca. - Do tamtego lasu. - powiedziała cicho patrząc w dal. Pip zrobił głupią minę. - Do jakiego znowu lasu. Ja nie widzę tutaj żadnych drzew. - odparł uśmiechając się niewyraźnie. - Oczywiście, że nie widzisz. To niemożliwe. - uśmiechnęła się pod nosem. Kapitanowi zrobiło się głupio, przecież jest tylko człowiekiem. Ciekawe jakby to było widzieć na taką odległość. - T-to gdzie jest ten las? - wykrztusił wreszcie. - Dasz radę biec parę kilometrów? - popatrzyła na niego z powątpiewaniem. W żołnierzu aż zawrzało. - Ja? JA nie dałbym rady? - wręcz dusił się z oburzenia. - Za kogo ty mnie masz?! - Za człowieka. - odpowiedziała i zaczęła biec przed siebie. - E-ej! Zaczekaj. - zawołał za nią. Po chwili zrównali się w biegu. -” Ja jej pokażę!” - pomyślał. - „Ona mnie ma za jakiegoś cieniarza.” Biegli koło siebie w całkowitym milczeniu przez kilkadziesiąt minut. Księżyc świecił jasno po ich lewej stronie oświetlając trasę biegu. Słyszeli tylko odgłos ślizgających się butów na mokrej trawie i głęboki oddech Pipa. Ceres dodatkowo słyszała głośnie bicie serca żołnierza, który nadal biegł równo z nią. Nie był nawet zasapany, widać był w bardzo dobrej kondycji. Może trochę nie doceniła kapitana. Czuła się wspaniale mogąc tak biec przed siebie bez przerwy, póki starczy jej sił. A miała ich spory zapas. Powoli ulatywały z niej wszystkie złe emocje. Wspomnienie Mistrza zatarło się w jej głowie i zostało zastąpione bardziej przyjemnymi. Nie miała pojęcia ile czasu już biegną, ale Pip powinien juz widzieć zarys lasu w oddali, ona widziała go jak na dłoni. Nie zwalniając ani trochę biegu krzyknęła do żołnierza. - Już dobiegamy. Trochę krótko prawda? - popatrzyła na niego z ukosa. Jego twarz była mokra od potu. Długi warkocz całkowicie odplątał się z szyi i powiewał niczym chorągiew za biegnącym kapitanem. Dopiero teraz zauważyła, że biegnie cały czas w pełnym umundurowaniu z bronią zatkniętą za pas. Rozszerzyła oczy ze zdumienia, był na prawdę wytrzymały. Na jego twarzy widniało lekkie zmęczenie, ale była ona zarazem zastygła w jakimś dziwnym grymasie zacięcia. - „Jak gdyby ścigał się po jakąś nagrodę.” - pomyślała z lekkim rozbawieniem. Wiedziała, że jej nie odpowie na pytanie, ludzie podczas biegu muszą utrzymywać cały czas głęboki, równy oddech, żeby za szybko się nie zmęczyć. Ceres zwolniła ledwo zauważalnie bieg, ale po chwili powróciła do poprzedniego tempa widząc, że żołnierz wcale nie zamierza biec wolniej, dogoniła go i biegli już w równym odstępie przez ostatnie kilkanaście minut. Nie miała pojęcia, że ten człowiek ma takie zapasy sił. W końcu także kapitan zobaczył wyraźnie czarną ścianę lasu. Uśmiechnął się pod nosem. -” Co myślałaś, że nie dam rady, co?” - pomyślał z satysfakcją. - „Nie na takie dystanse się już biegało.” Ceres dobiegła do pierwszego drzewa i oparła się o pień. Nie czuła w ogóle zmęczenia. Nogi niosły ją dalej, ale chciała dać odpocząć kapitanowi. Radość ją rozpierała na sama myśl o takim samym biegu w drodze powrotnej. Pip oparł się o sąsiednie drzewo i nabrał dużo powietrza do płuc dotleniając mózg. Wiedział, że po takim biegu nie powinien siadać, ale mimo to osunął się wzdłuż pnia i opadł na ziemię. - Nie powinieneś siadać po takim wysiłku kapitanie. - Ceres spojrzała na niego z lekką dezaprobatą. - Będziesz miał takie zakwasy, że nie dasz rady dobiec z powrotem. - O mnie się nie martw. - odpowiedział zasapany. Dopiero teraz słychać było, że był zmęczony. Wstał z ziemi i zaczął rozpinać guziki wojskowej kurtki. Było mu na prawdę gorąco. Uporawszy się z mokrą kurtką rzucił ją na ziemię i zajął się rozpinaniem guzików koszuli, po chwili wylądowała ona koło pierwszej części garderoby. Policjantka odwróciła wzrok. Mógł ją uprzedzić, że będzie się rozbierał, odwróciłaby się wcześniej. Teraz trudno było jej utrzymać wzrok na wodzy widząc w świetle księżyca zarys jego szerokich ramion. Odchrząknęła znacząco. Pip odwrócił się w jej stronę z pytającym spojrzeniem. - Przeszkadza ci to? - zapytał prosto z mostu. - N-nie. Skąd. - odparła lekko zmieszana odwracając wzrok. - Przeziębisz się. - dodała chłodnym tonem. - Nic mi nie będzie. Jestem zahartowany. - Usiadł pod pniem i wyciągnął z bocznej kieszeni spodni wygniecioną paczkę papierosów. Z drugiej kieszeni wyjął zapalniczkę i podpalił łapczywie zaciągając się dymem. - Jak to możliwe, że masz tak dobrą kondycję skoro palisz papierosy? - zapytała z nutką podziwu w głosie. - Tytoń konserwuje. - zaśmiał się cicho Bernadotto. Popatrzył trochę śmielej na policjantkę. Już nie była taka zła, postanowił spróbować. - Czemu byłaś taka wściekła? - popatrzył jej prosto w oczy. Victoria spuściła wzrok i westchnęła cicho. - To nic takiego... - usiadła pod drzewem obok i podkuliła nogi pod brodę. Nie wiedziała co ma mu właściwie powiedzieć, przecież nie prawdę. - Miałam małą sprzeczkę z Mistrzem. - I tylko tyle? Wyglądałaś jakby cały świat ci się zawalił na głowę. Policjantka nie odpowiedziała, wyprostowała nogi przed sobą i założyła ręce za głowę. - Miły wieczór. - zmieniła temat. - Ciepły. - odwróciła się w stronę żołnierza. - Wracamy? - Możemy wracać. - odparł i zgasił niedopałek w trawie. - Powiedz mi jeszcze jedno Ceres. - Słucham. - Co ty robisz przez te całe długie noce? - uśmiechnął się porozumiewawczo. - Zazwyczaj jeździmy na nocne akcje, czasami przecież niektórych z was bierzemy. - odpowiedziała nie zauważając aluzji. - Ja byłem tylko dwa razy. - prychnął udając rozzłoszczonego. - Staramy się was nie męczyć w nocy, przecież cały dzień ćwiczycie. Żołnierze są potrzebni do akcji, gdy jest jeszcze dzień albo wczesny wieczór i słońce jeszcze nie zaszło. Wtedy ja nie mogę wychodzić. – dodała smutno. - Tęsknisz za tym czasem? - cały czas wpatrywał się w jej twarz. - Za czym? - westchnęła cicho. - Za słońcem? Za ludźmi? Za normalnym życiem? - popatrzyła na niego rozżalonym wzrokiem. - A ty byś nie tęsknił? Pipowi zrobiło się głupio, nie chciał, żeby była smutna. Czuł się teraz jak kretyn. - Ale w zamian dostałaś przecież o wiele więcej. - Uwierz mi, że długowieczność... - Nie o to mi chodzi. - przerwał jej. - Gdybyś tutaj nie trafiła to pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Zobacz ile byś miała do stracenia. - podparł się pod boki i uśmiechnął się zachęcająco. No tak mogła się spodziewać, że za chwilę znowu zacznie rzucać swoje głupie komentarze. I tak długo zachowywał się bez zarzutu. Jeszcze moment a znowu nazwie ją maleńka albo coś w tym guście, a ona znowu będzie musiała go poddusić. Czemu on tylko czasem jest taki jak dziś. Zrobiła grymas wyrażający skrajną niechęć. - Wracamy. - wstała spod drzewa i przeciągnęła się mocno. Bernadotto zakładał już z powrotem kurtkę i chował papierosy do bocznej kieszeni. Czuł, że jutro po tym biegu będzie miał zakwasy. Mógł jednak nie siadać. Poprawił sobie warkocz owijając go wokół szyi i popatrzył na wampirzycę. Ta skinęła mu głową i zaczęła biec. Wkrótce zrównali się w biegu i zniknęli spod lasu wtapiając się w ciemność nocy. Godzinę później dotarli już do rezydencji rodziny Hellsing. Zmęczony Pip zatrzymał się na wprost wejścia i czekał na Victorię, która przez ostatnie kilkadziesiąt metrów szła wolnym krokiem w kierunku żołnierza. Podeszła do niego i oparła się o masywną bramę. - To było nadspodziewanie miłe. - powiedziała z lekkim uśmiechem. - Co takiego? - zapytał pomiędzy kolejnymi głębokimi oddechami. - To, że pobiegłeś ze mną taki kawał drogi do towarzystwa. - Cała przyjemność po mojej stronie. - uśmiechnął się blado. Jutro tego pożałuje, już czuł jak mięśnie nóg drżą mu lekko z przemęczenia. - Widzisz, jak chcesz to potrafisz być całkiem miłym facetem. - puściła do niego oko. Kapitan osłupiał. - To normalnie nie jestem?! - oburzył się nie na żarty. - Jasne, że nie! - udała obrażoną. - Na co dzień jestem dla ciebie jakimś pluszowym kociakiem albo lalunią. - fuknęła. - To wynika chyba z tego, że ja bardzo lubię cię denerwować. Bo widzisz, to jest jedyny znany mi sposób, żeby zwrócić chociaż na chwilę twoją uwagę. Bernadotto spuścił wzrok i wbił go w ziemię. Ceres stała chwilę zbita z tropu nie wiedząc co powiedzieć. Nie przypuszczała, że będzie taki szczery. Widziała już wcześniej jego dziwne zachowanie, ale ciągle bardziej skłaniała się do podejrzeń, że on po prostu się z niej nabija. Razem z tymi swoimi żołnierzami ciągle robił niewybredne uwagi pod jej adresem. Jej i jej munduru. Ciągle jej pokazywał, że jest gorsza, bo przecież jest kobietą i nigdy nie nazywał jej po imieniu, ani nawet po nazwisku. Zawsze była jakimś mięciutkim zwierzaczkiem, albo czymś w tym guście. Zrobiło jej się nie wiedzieć czemu trochę żal Pipa. Popatrzyła na niego przyjaźnie. - Możemy zawrzeć umowę. - powiedziała wesoło. Kapitan podniósł na nią wzrok pytająco. - Umówmy się, że ty będziesz mnie nazywał po imieniu bez żadnych zbędnych epitetów, a ja przestanę próbować cię zabić ilekroć cię zobaczę. - zaśmiała się cicho. Przypomniała jej się wczorajsza sytuacja zaistniała w kuchni. Chyba na prawdę przesadziła, byłaby go udusiła gdyby nie Walter. - Hm, to chyba uczciwe warunki. - zastanowił się chwilę i podał jej rękę. Uścisnęła jego dłoń. - Sztama? - uśmiechnęła się zębiaście. - Sztama. - potrząsnął jej prawicą. - I jeszcze jedno. - spoważniała na chwilę. - Nie rozpowiadaj po wszystkich koszarach, że jesteśmy parą. To utrudnia mi pracę z tymi ludźmi. Wiecznie tylko słyszę głupie komentarze. - Yyy... - zarumienił się lekko. - Wybacz, to było głupie. - odwrócił twarz. Pociągnął za skrzydło bramy ta jednak ani drgnęła. No tak była otwarta gdy wybiegali, bo było jeszcze wcześnie. Żołnierz z ciekawością spojrzał na zegarek. Była pierwsza w nocy. Jak on dzisiaj wytrzyma tyle czasu na treningach, tego nie wiedział. - Zamknięte. Musimy przeskoczyć. - powiedział i chwycił się bramy przeskakując ją z łatwością. Victoria wdrapała się na nią chwilę później i zeskoczyła po stronie dziedzińca rezydencji. Szli w milczeniu po ścieżce prowadzącej do drzwi. W końcu weszli do wielkiego głównego hallu, który o tej porze był zupełnie pusty i bardzo słabo oświetlony. Echo ich kroków odbijało się od murów korytarza póki nie zeszli do piwnic. Bernadotto jak przystało na dżentelmena odprowadził dziewczynę do drzwi jej lochu. Kiedy je otwierała, nie mogąc się powstrzymać ciekawsko zaglądnął do środka. Niestety było tam kompletnie ciemno. Postanowił sobie, że w najbliższym czasie ją tutaj odwiedzi. Pożegnał wampirzycę i skierował się do budynków koszarowych położonych niedaleko rezydencji. Ceres weszła do lochu i zapaliła kilkanaście świec stojących w różnych miejscach pokoju. Pomieszczenie wypełniło się przyjemnym ciepłym światłem. Postanowiła wykorzystać spory jeszcze zapas sił i rozłożyła cienki materac na podłodze. Po chwili zaczęła morderczy trening, który trwał aż do bladego świtu. ~end of flashback~ Leżąca w otwartej trumnie wampirzyca walczyła jeszcze przez chwilę z sennością ciągle próbując zebrać się w sobie i pójść się umyć, jednak w końcu wyczerpana po całej nocy wysiłku fizycznego zapadła w głęboki sen. Na zegarku Waltera wybiła w tej samej chwili godzina szósta rano. xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
design - Dead Zone |